Home Recenzje Akcesoria Philips Fidelio L1 – słuchawki, którym ciężko dorównać. Klasyka z pazurem
Philips Fidelio L1 – słuchawki, którym ciężko dorównać. Klasyka z pazurem

Philips Fidelio L1 – słuchawki, którym ciężko dorównać. Klasyka z pazurem

0

Przez ulotną chwilę pojawiła się w mojej głowie myśl, że może powinienem udać się do specjalisty – psychologa albo, co gorsza, niezwłocznie zapisać się na terapię grupową. Powód? Pewnie, gdyby dobrze poszukać znalazłoby się ich kilka, a wśród nich prym wiódł by brak umiaru w nabywaniu kolejnych słuchawek.

Moja kolekcja rośnie w zastraszającym tempie, wywołując nieprzychylne mi reakcje najbliższych.
Cóż jedni zbierają znaczki, inni buty, a ja?
Ja jestem uzależniony od przenośnych urządzeń audio. Choć żaden ze mnie audiofil, to właśnie słuchawki stały się głównym wyposażeniem mojego domowego taboru.

 

To już prawie rok

By tradycji i hobbystycznemu zacięciu stało się zadość uraczyłem się kolejną parą, do której zakupu dojrzewałem od jakiegoś, bliżej nieokreślonego czasu.
Philips Fidelio L1, przedmiot moich westchnień i temat wielu przeczytanych recenzji oraz marzenie, które zmaterializowało się wraz z nadejściem kuriera.
Są to także pierwsze słuchawki jakie nabyłem „w ciemno”, wcześniej nie testując ich i nie prowadząc odsłuchu w salonie sprzedażowym.
Ryzyko podjąłem ogromne, zaś blisko rok spędzony w roli dumnego posiadacza tych urządzeń nakłonił mnie do spisania osobistych wrażeń. Te mimo upływu czasu pozostają niezmienne, a wyrobione, prywatne zdanie może stać się cenną wskazówką dla przyszłych, potencjalnych właścicieli „Philipsów”.

Co w zestawie, czyli kontrolowany dobrobyt

Philips niczym za bardzo nie odbiega od konkurencji. Nie zaskakuje, i nie pieści się ze świeżo upieczonym właścicielem.
Sporych rozmiarów karton, a w nim, na specjalnej wkładce z wyżłobieniem zabezpieczającym, ułożone słuchawki. No i ten zapach wydobywający się zaraz po otwarciu wieka. Woń wysokiej jakości skóry mocno uderza w nozdrza i daje poczucie iście vipowskiego traktowania.

Uczucie porównywalne z zaproszeniem do wnętrza fabrycznie nowego Astona Martina w salonie samochodowym. Otwierasz drzwi, siadasz na miękkim siedzeniu za kierownicą i czujesz w powietrzu aromat wyjątkowości sytuacji oraz luksusu.
Niestety pod wkładką w kartonie zamiast widlastej ósemki jedynie rzędowa czwórka, czyli rozczarowanie pełną gębą.
Ładnie spakowana, stylowa książeczka oraz etui, wewnątrz którego znajdziemy przejściówkę JACK 6,3 mm oraz dwa, wystarczającej długości przewody, z których jeden kompatybilny jest z urządzeniami Apple. Wyposażony w pilota pozwala sterować odtwarzaczem w systemie iOS oraz prowadzić rozmowy telefoniczne. Na dnie pudełka niczego więcej nie uświadczymy, koniec i kropka. Chciałoby się aby producent dołożył od siebie coś ekstra. Przy cenie jaką trzeba zapłacić za słuchawki takie oczekiwanie nie dziwi, a doświadczony wiem, że zdarzają się czasem przy produktach w tej kategorii małe, miłe niespodzianki.

Pierwszy kontakt, czyli jak cię widzą, tak cię piszą

Zapytacie pewnie, czemu sobie na ów gadżet „ostrzyłem zęby” i znalazłem miejsce w prywatnej kolekcji, nie sprawdzając wcześniej tego, co najważniejsze, czyli brzmienia.
Lubię ładne rzeczy i staram się nimi otaczać, to po pierwsze, po drugie zaś uwielbiam tradycyjne rozwiązania, a nasiąknięty recenzjami w sieci i nieco nimi zarażony (czytaj podniecony) podjąłem ryzyko zakupu.


Nietuzinkowy, klasyczny design i użyte materiały robią wrażenie, sprawiają, iż właściciel nie ma wątpliwości co do obcowania z produktem wysokich lotów, czy też gadżetem klasy premium. Co więcej, wizualnie Philips Fidelio L1 nawiązują do technologicznej przeszłości, miły więc jest akcent winylowej części obudowy zamykającej głośniki. Ot hołd dla popularnych niegdyś, a modnych dziś gramofonów. Sporych rozmiarów słuchawki to w większej części wysokiej jakości skóra i stelaż trzymający całą konstrukcję, wykonany ze zmatowionego aluminium. Połączenie czerni z ciemnym brązem oraz srebrne, metalowe akcenty nadają słuchawkom szyku i poważnego, solidnego wyglądu. Zamykający głośniki z zewnątrz grill dodaje charakteru i przywodzi na myśl drzemiącą pod obudową gadżetu moc. Coś jak widok sportowego auta, legendy motoryzacji, oblicza demonicznej duszy zamkniętej w klasycznym nadwoziu.

Miłym akcentem jest skala regulacji pałąka, mieszcząca się w jego wewnętrznej części. Takie rozwiązanie pozwala na łatwe zapamiętanie indywidualnych ustawień i szybki powrót do nich kiedy gadżet wpadnie w ręce innego użytkownika.
Muszla głośników to także tradycyjne rozwiązanie, pozbawione jakichkolwiek innowacji. „Old school” w każdym calu. Jest ona na tyle duża, iż zakrywa całą powierzchnię małżowiny usznej, co w efekcie końcowym wpływa też na spory rozmiar bohatera tego testu.

O mobilności trzeba zapomnieć i choć na siłę można pokusić się o praktykę i odsłuch w plenerze, to najzwyczajniej w świecie jest to czynność niewygodna. Philips Fidelio L1 to raczej produkt o przeznaczeniu stacjonarnym, doskonale sprawdzającym się w warunkach domowych.
Co ciekawe jak na sporych rozmiarów słuchawki są one bardzo lekkie. Ich piórkowa waga wywołała u mnie przy pierwszym kontakcie niemałe zdziwienie, oczywiście te o pozytywnym zabarwieniu.

Nie można także niczego zarzucić dołączonym do zestawu przewodom. Ich sznurkowe wykończenie to bardzo solidne rozwiązanie, dające poczucie namacalnej wręcz wytrzymałości na złe traktowanie.
Usytuowany na jednym z nich pilot wyposażony jest w przyciski głośności, przewijania utworów oraz mikrofon do rozmów telefonicznych.
Za mankament natomiast uznałbym etui, które będąc aksamitnym workiem nie jest w stanie dobrze zabezpieczyć słuchawek podczas próby ich transportu. Przydałoby się coś sztywniejszego, dającego pewność, że nie uszkodzimy gadżetu w podróży.
Choć jak pisałem wcześniej gabaryty Philips Fidelio L1 sprawiają, że nie jest to dobry kompan do wspólnej eksploracji terenu, to raczej miły lokator w domu.

Chwila prawdy, czyli co z brzmieniem

Każda z czytanych przeze mnie recenzji posiadała jeden, wspólny mianownik, a mianowicie wynosiła pod niebiosa brzmienie słuchawek Philips Fidelio L1.
Choć do tych zdań podchodziłem z umiarem, wszak każdy z nas ma własne preferencje co do odsłuchu, to jednak ciekawość z obawami na przemian targały mną niezmiernie.
Niebagatelny wpływ na takie zachowanie miał także wydatek jaki poniosłem na ów zakup oraz ryzyko jakiego się podjąłem nie testując właściwości audio tegoż sprzętu przed uszczupleniem mojego portfela.

Poniższe zdania także proszę potraktować jako moje osobiste doznania, w zapisie których jednak postaram się namacalnie oddać rzeczywistość.

Zanim jednak napiszę o dźwięku pragnę tylko krótko wspomnieć o ergonomii.
Philips Fidelio L1 doskonale leżą na głowie nie powodując ucisku na którąkolwiek jej część oraz idealnie wyciszają odgłosy otoczenia.
Ta ostatnia cecha, choć może być postrzegana za wadę, w rzeczywistości ma niebagatelny wpływ na jakość prowadzonego odsłuchu. Stąd też nie uznawałbym tej właściwości za mankament, a raczej za sporych rozmiarów plus. Będąc fanem ciężkiego grania starałem się jednak obiektywnie podejść do odsłuchu angażując doń zarówno klimat rockowy, muzykę elektroniczną jak i klasykę.

Pierwsze dźwięki metalowej ballady i?

Zadudniło, zabulgotało niczym rozruch widlastej ósemki pod maską super auta.
Dały znać o sobie basy, które w pierwszym momencie wydały mi się nienaturalne, wręcz sztucznie nadmuchane.
Wraz z coraz liczniejszym pojawianiem się jednak tonów wysokich cała kompozycja zrównoważyła się, dając poczucie panującej pomiędzy dźwiękami harmonii. Kolejny utwór, tym razem jednak muzyka klasyczna i tu także zaskoczenie. Tony niskie są w tych słuchawkach naprawdę lekko wyeksponowane, acz nie na tyle by dominowały nad środkiem i tonacją wysoką. Wszystko zdaje się mieć swój naturalny porządek, starając się wiernie oddać przesłanie artysty. Basy mają przynajmniej kilkanaście wcieleń o czym wcześniej nie miałem bladego pojęcia, zaś testowane „grajki” w mistrzowski sposób mnie o tym fakcie pouczyły. Może dla miłośników muzyki klubowej, techno, czy rapu Philips Fidelio L1 nie będą w pełni satysfakcjonującym wyborem jednak dla ceniących sobie dźwięk porównywalny z brzmieniem dobrej jakości, stacjonarnego zestawu Hi-Fi już tak. Co więcej w szybkich, brutalnych aranżacjach bez trudu można wyłapać sekcje rytmiczne oraz instrumenty, o istnieniu których nie wiedziałem używając konkurencyjnych słuchawek. Kompozycji słucha się miło, do tego stopnia, iż żal jest ściągać Fidelio L1 z głowy. Dużym plusem jest fakt, że po parogodzinnym odsłuchu nie doznałem uczucia bólu małżowin usznych, co niestety jest zmorą wielu innych gadżetów w tej kategorii. Z czasem wyłapałem coś jeszcze. Coś, co tym razem uznałem za wadę. Urządzenia mimo ekstremalnego wręcz zwiększenia głośności grały nienaturalnie cicho, a przynajmniej zdecydowanie mniej donośnie niż przewidywałem. Zadumanie nad tym problemem doprowadziło mnie jednak do wniosków, iż jest to zabieg celowy, mający zadbać o zdrowie i słuch użytkownika. Duże głośniki z łatwością mogły by przecież rozerwać na strzępy błonę bębenkową, a potężną moc nieco ujarzmiono w postaci ograniczenia. Kolejne nawiązanie do motoryzacji aż samo prosi się o publikację. Ileż bowiem z dopuszczonych do ruchu publicznego bolidów posiada przecież ogranicznik prędkości?

Podsumowanie

Dobiega rok spędzony w towarzystwie Philips Fidelio L1 i za każdym razem zaskakują mnie one czymś nowym.
Jak do tej pory są to także najwygodniejsze w noszeniu słuchawki jakie kiedykolwiek posiadałem, zaś brzmienie, choć specyficzne, warte jest polecenia.
Niech też znakomitą rekomendacją będą „ochy i achy” moich znajomych, którym podczas odsłuchu z wrażenia zastygały usta w pozycji otwartej.
Od siebie jeszcze dodam, iż Philips obecnie kojarzy mi się z czymś więcej niż maszynką do strzyżenia włosów, z produktem audio klasy premium, którego nie oddałbym za żadne skarby świata.

Zalety:

  • jakość wykonania,
  • wysoka ergonomia i wygoda w użytkowaniu,
  • wysokiej jakości, wytrzymałe kable w zestawie,
  • możliwość sterowania pilotem,

Wady:

  • etui będące jedynie aksamitnym workiem,
  • konstrukcyjny brak wymiennych poduszek głośników.
Krzysztof Rozengarten Jestem tu, bo lubię :-)

SKOMENTUJ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *