
Recenzja Macbook Pro Retina 13″ mid 2015
Co nam dano w zamian?
Dwa porty Thunderbolt 2 – akurat do podłączenia dwóch przejściówek ;-). Nowe porty zapewniają dwukrotnie szybszy transfer od poprzedniej generacji portu z błyskawicą. Nowa generacja zapewnia nam do 20Gb/s. Jest moc, jest szał, tylko niestety niełatwo o akcesoria, które pozwolą wykorzystać nowe złącze. Albo ich nie ma, albo są bardzo drogie. Zwykłym kabel do podłączenia dysku twardego kosztuje więcej niż 100 złotych (Kanex). A to przecież tylko kawałek drutu! Z drugiej strony dobrze, że w komputerze pomyślano o interfejsach dość przyszłościowo. Może za szybko się nie zestarzeje. Prócz błyskawic mamy także dwa porty USB 3.0. Po jednym na każdej krótszej krawędzi obudowy. Jako ciekawostkę dodam, że komputer jest wyposażony w dwa mikrofony. Nie udało mi się sprawdzić czy dzięki temu potrafią nagrywać w stereo.

Do internetu oddano nam kartę AirPort pracującą w we wszystkich pasmach, w tym także w 802.11ac, zapewniając szybki a przy tym nieograniczony kablem dostęp do domowej sieci WiFi. Żeby zobrazować co to znaczy szybki powiem, że komputer w pełni wykorzystuje moje 60 megabitowe łącze, gdy jest podłączony do routera Fritz! 3490, który udostępnia sieć WiFi w standardzie 802.11ac. Kopiowanie ponad 10 gigabajtowego pliku z filmem BR z Synology po WiFi trwa około 10 minut. Podczas gdy podłączyłem komputer przez przejściówkę do sieć LAN, kopiowanie trwało niewiele krócej – niecałe 6 minut.

To co niektórych ucieszy to, to port HDMI, dzięki któremu bez żadnych przejściówek, wymyślnych kabli itp. podłączymy naszego Maka do tradycyjnego monitora czy nawet telewizora. Działa bez zarzutu. Chcąc pokazać podczas świat przygotowany w iMovie film z grudniowego urlopu, tylko podłączyłem kabel, a na ekranie był już obraz z komputera. Brawo.
Ekran Retina
Ekran to pierwszy element komputera, który pozwala faktycznie odczuć jak wielka przepaść dzieli starego Macbooka od nowej maszyny. Tam rozdzielczość wynosiła 1280 na 800 pikseli. Tu przy tej samej przekątnej udało się upakować 2560 x 1600 pikseli. Dwa razy więcej pikseli na tej samej powierzchni (227pikseli na cal) robi niesamowite wrażenie, szczególnie gdy postawimy dwa komputer obok siebie. W starym z bliska widać pojedyncze punkty na matrycy. Nowy ekran jest jednolity, bez wyraźnie widocznych punktów. Dosłownie jakbyśmy patrzyli na kartę dobrego papieru kredowego w jakimś magazynie.

Ekran jest bardzo jasny, dostosowuje się do warunków panujących w miejscu pracy. Jego kąty widzenia jak na Maka przystało są bardzo dobre. Jak byśmy nie spojrzeli na ekran, ten pozwala bez większego wysiłku odczytać tekst i nie przekłamuje barw. Praca na Retinie sprawia, że momentami zaczyna mnie drażnić obraz w 27 calowym iMac’u, który przy dwukrotnie większej powierzchni zapewnia jedynie rozdzielczość zbliżoną do tej z MBPr (dokładnie 2560 x 1440 pikseli).

Jednak pracując na co dzień na nowym Macbooku nie korzystam z natywnej rozdzielczości, gdyż wyświetlanie zostało tu zaprojektowane w sposób, który mnie osobiście rozczarowuje. Mimo, że ekran rzeczywiście ma wysoką rozdzielczość, co potwierdza także wykonanie zrzutu ekranu i sprawdzenie jego rozdzielczości, to obszaru roboczego nie mamy większego.

Dlatego MBPr pracuje w rozdzielczości skalowalnej 1680 x 1050 pikseli.To daje nam odczuwalnie większy obszar roboczy (więcej elementów mieści się na powierzchni ekranu), bez uszczerbku na gładkich czcionkach itd.), również podczas pracy w trybie Split View przy otwartym Safari i Mail.
Nowy gładzik to żadna rewolucja
Force Touch to technologia wykrywania siły nacisku. Dzięki silnikowi Taptic Engine potrafi odpowiadać na nasz nacisk. Po za tym gładzik Force Touch nie różni się niczym innym od swojego poprzednika. Oferuje funkcje gestów, wskazywania miejsca dla drugiego klawisza myszy i nie posiada dzielonych przycisków.

Na co dzień Force Touch bardziej mnie irytuje, niż rzeczywiście w czymś jest mi pomocny. Jedyną funkcją, jaką póki co mnie zaskoczył, to wyświetlenie tłumaczenia angielskich słówek ze stron internetowych, po mocniejszym naduszeniu. Po za tym pozwala podobnie jak przypadku iPhone’a 6S „podejrzeć” zdjęcie, film czy stronę do której prowadzi naduszony odnośnik, bez faktycznie uruchamiania aplikacji.









