Home Artykuły „Bardziej Maserati, niż Tesla”. Rozmawiamy z Januszem M. Kamińskim, szefem marketingu i PR AutoMapy
„Bardziej Maserati, niż Tesla”. Rozmawiamy z Januszem M. Kamińskim, szefem marketingu i PR AutoMapy

„Bardziej Maserati, niż Tesla”. Rozmawiamy z Januszem M. Kamińskim, szefem marketingu i PR AutoMapy

0

Mieliśmy przyjemność porozmawiać z Januszem M. Kamińskim, szefem marketingu najpopularniejszej polskiej aplikacji nawigacyjnej AutoMapa. Janusz w rozmowie z Marcinem Kwaśniakiem wspomina swoje początki z ekosystemem Apple.

– W przypadku naszego cyklu pierwsze pytanie jest standardowe. Kiedy pierwszy raz zetknąłeś się z ekosystemem Apple? Bolało?

– Pierwszy raz w moim wypadku nie bolał. Tyle słowem żartu, a tak naprawdę było to w 2005 r. Pracowałem wtedy jeszcze jako dziennikarz i Redaktor Prowadzący miesięcznika Biznes Trendy. Z racji swojej pracy przyglądałem się, jak operatorzy DTP składają gazetę na Macach, ale wówczas sam jeszcze z nich nie korzystałem. Miałem za to służbowego laptopa marki Toshiba, takiego nazwijmy to kolokwialnie, najbardziej wypasionego na tamte czasy. Oczywiście na Windowsie. Właśnie wtedy znajoma prowadząca jedną z dużych agencji reklamowych puściła informację, że sprzedaje iMaca G3 w dobrej cenie.

Problem był jeden – sprzedawała ich 7 i jedyną opcją było… kupienie wszystkich. Zaryzykowałem, wziąłem wszystkie. Pierwsze moje pierwsze zdziwienie pojawiło się jeszcze tego samego dnia, bo 6 z nich błyskawicznie znalazło nowych właścicieli. Chyba nawet jeszcze na całej operacji zarobiłem. Został mi jeden i wylądował na moim biurku. Z czystej ciekawości chciałem porównać, jak się pracuje na jednym i na drugim. Właśnie wtedy zorientowałem się, że OS X jest dużo prostszy i bardziej intuicyjny. A ja zaczynałem być już zmęczony nieustannym tuningiem Windowsa i chciałem, żeby system po prostu działał. Stabilnie.

W końcu złapałem się na tym, że więcej rzeczy zaczynam robić na tym leciwym już wtedy iMacu, niż na nowej Toshibie. Wtedy też sprawa stała się jasna – czas przesiąść się na Maca na stałe. Efektem tej decyzji była moja kolejna inwestycja, czyli stacjonarny G4 Quicksilver z dyskami SCSI. Zaczynałem jednak odczuwać potrzebę posiadania laptopa. I tu znów szczęście się do mnie uśmiechnęło, bo wpadł mi w ręce Powebook G4 12” za naprawdę dobre pieniądze. No i to już było coś, co na ówczesne czasy w pełni spełniało moje wszystkie oczekiwania. Działał doskonale, mimo sporej jednak wagi był niewielkich rozmiarów i mogłem go zabierać ze sobą wszędzie. Pewnie teraz pojawi się pytanie, kiedy kupiłem swój pierwszy iPhone?

– Pewnie tak

– To był iPhone 2G. W przeciwieństwie do moich przedmówców, z którymi rozmawiałeś, nie przywiozłem go z USA sam, a przywiózł mi go stamtąd znajomy, który akurat wracał do kraju. Było to jakoś niedługo po światowej premierze. Jak pamiętasz, to były czasy, gdy w zasadzie każdy telefon, który pojawiał się w Europie trafiał również w moje ręce. Miałem więc pełny przegląd nie tylko nowości rynkowych, ale i trendów, które obowiązywały na Starym Kontynencie. Gdy u nas królowały MMS-y, 3G, wgrywanie dzwonków, wyścig na megapixele w telefonach, w USA pojawiło się urządzenie, które co prawda obsługiwało się palcem a nie rysikiem, ale nie potrafiło ani wysyłać MMS, nie miało 3G, miało naprawdę słaby aparat fotograficzny a na dodatek, żeby korzystać z niego w Polsce trzeba było neutralizować simlock specjalną nakładką na kartę SIM. Ale mimo to iPhone mnie urzekł. Wyglądem, działaniem, prostotą. Co więcej – mam go do dziś, ma się dobrze i działa choć stanowi raczej egzemplarz muzealny.

W kolejnych modelach 3G i 3GS Apple stopniowo eliminował choroby wieku dziecięcego. Ale tak naprawdę dopiero przejście z modelu 3GS do 4 można uznać za przełomowe i to pod każdym względem. Przede wszystkim iPhone przestał być plastikową zabawką, a zaczął być prawdziwym smartfonem. Miał nowoczesną metalową ramę, szklany przód i tył, świetny wyświetlacz, dobry aparat i kilka innych zalet. OK. Wad też. Niemniej to było takie małe dzieło sztuki.

– Dlatego zostałeś przy iPhonach?

– Po pierwsze – urządzenia te stały się w końcu doskonałe. Po drugie – spodobał mi się ekosystem Apple. Nie trzeba robić doktoratu, żeby umieć się po nim poruszać. Jest bardzo prosty, przejrzysty, intuicyjny. Każde następne urządzenie wyjmuje się z pudełka i po prostu włącza i ono działa. Co więcej – żywotność czy to laptopów, czy iPhone jest znacznie większa niż w przypadku urządzeń z Windows czy telefonów z Androidem. Zauważ, że aktualizację do iOS 11 dostał iPhone 5S, który na rynku jest od 2013 roku. Pokaż mi czteroletni telefon z Androidem, który dostaje aktualizację oprogramowania.

– A z jakich urządzeń Apple’a korzystasz?

– Oprócz wspomnianego iPhone’a mam także MacBooka Air, który jest w zasadzie idealnym narzędziem do pracy. Lekki, cienki, z procesorem i7, pracujący 12 godzin na baterii. Korzystam także z iPada, iPada Mini i Apple Watch’a. Przy okazji taka historia. Pracując jako dziennikarz, jako jeden z pierwszych chodziłem na konferencje prasowe ze wspomnianym wcześniej Powerbookiem G4. Nie notowałem w różnych notesach, tylko od razu w komputerze, przez co miałem 2 razy mniej pracy. Wiem, że patrzyliście wtedy na mnie trochę jak na UFO, ale dziś taka sytuacja to norma. Teraz w zasadzie nawet komputer często zostawiam w biurze, bo większość rzeczy jestem w stanie robić na iPhone czy iPadzie. Marzy mi się iPad z OS X, ale tego raczej się nie doczekamy.

– Skoro przy tym jesteśmy. Do czego wykorzystujesz urządzenia i ekosystem Apple?

– Rozmowy w moim wypadku to może 10% wszystkich czynności, które wykonuje na telefonie. Przede wszystkim korzystam z poczty, mediów społecznościowych, aparatu czy najróżniejszych aplikacji.  Oczywiście ważną rolę spełnia w nim AutoMapa, którą zarówno wykorzystuję na co dzień, jak i sprawdzam w praktyce działanie nowych rozwiązań, które trafią do użytkowników w kolejnych wersjach programu. Telefon to również centrum muzyki z którego korzystam zarówno w domu jak i w samochodzie.

Gdyby działało w Polsce Apple Pay, to zapewne podpiąłbym do niego swoje karty. I tu dochodzimy do pewnego problemu, o którym użytkownicy ekosystemu Apple dobrze wiedzą. Polska dla Apple, to bardzo mały rynek. Konsekwencją tego jest fakt, że póki co nie ma w Polsce Apple Store, a sporo funkcji systemowych, które w Niemczech czy Anglii działają bardzo dobrze w Polsce są w wersji ułomnej. I nie chodzi mi tylko o wspomniany Apple Pay. Modelowy przykład to Siri. Chętnie z niej korzystam i robiłbym to znacznie częściej, ale w Polskich warunkach to droga przez mękę.

Polskie znaki diakrytyczne są zabójcze dla prób rozmowy z tą panią. Co ciekawe – dość dobrze działa dyktowanie tekstu. Niemniej, bez poprawnej obsługi polskich nazwisk czy nazw – Siri na dłuższą metę robi się w Polsce bezużyteczna. Niestety – obawiam się, że póki popularność iPhone w Polsce drastycznie nie wzrośnie – sytuacja się nie poprawi. A w tej chwili według posiadanych przeze mnie danych, około 90% sprzedaży wszystkich telefonów w Polsce, to urządzenia z Androidem. Czyli mamy błędne koło.

– Dużo się mówi o inteligentnym domu, czy jak kto woli smart home. Kręci Cię to?

– Generalnie kręcą mnie nowości, bo otwierają nowe możliwości. Natomiast nie podchodzę już do nich z takimi emocjami, jak kiedyś. Jest we mnie dużo pragmatyzmu. Jestem akurat na etapie spinania kolejnych elementów systemu smart home i jedną z kluczowych rzeczy jest to, aby był on kompatybilny z Home Kit. To, co uważam za rozsądne, to oczywiście możliwość zarządzania oświetleniem, czy zdalne sterowanie ogrzewaniem. Jako pełnoetatowemu tacie zdarza mi się na przykład wstawić pranie i wyjść. Więc rozsądnym rozwiązaniem jest czujnik zalania, gdyby pralka postanowiła się zbuntować. Ale moim zdaniem nie można dać się zwariować, choć pewnie producenci systemów smart home pewnie by tego chcieli. Nie musi być czujnika w każdym gniazdku. Tym bardziej, że jak będzie przerwa w dostawie zasilania, to cały system staje się bezużyteczny.

– Z którego iPhone’a korzystasz?

– W tej chwili z 6S. Pominąłem przesiadkę na 7. Zapewne przesiądę się na model 8. Natomiast nie sposób odnieść wrażenia, że od jakiegoś czasu obserwujemy na rynku istne szaleństwo. Ceny telefonów zaczynają sięgać 5 tysięcy, czyli już dawno poruszamy się powyżej granicy, za którą można kupić normalny, pełnoprawny komputer. Oczywiście – można po roku sprzedać swojego „starego” iPhone i kupić nowego dokładając różnicę, natomiast nadal uważam, że przekroczona została pewna granica zdrowego rozsądku.

Po drugie – i to jest zarzut do wszystkich producentów, nie tylko do Apple, tak zwane „flagowce”, to coraz częściej urządzenia nafaszerowane nowinkami technologicznymi, które po pierwsze niekoniecznie dobrze działają, po drugie zaś pojawiają się po raz pierwszy na rynku. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że to dla producentów smartfonów to świetny sposób na publiczne beta testy nowych rozwiązań – oczywiście za duże pieniądze. W przypadku Apple praktyka pokazuje, że zwykle trzecia ewolucja danego sprzętu staje się dobrym rozwiązaniem. Tak było w przypadku iPhone, iPada, MacBooka Air i kilku innych rzeczy.

Między innymi dlatego raczej przesiądę się na model 8 niż na iPhone X. A intuicja podpowiada mi, że jeśli rozwiązanie rozpoznawania twarzy przejdzie pomyślnie testy na użytkownikach iPhone X, to trafi ono do kolejnych wersji iPhone. Oczywiście znacznie bardziej dopracowane. I wtedy będzie warto się nad nim pochylić – nawet dosłownie J.

– To w takim razie czego brakuje Ci w nowych urządzeniach w porównaniu do starszych modeli?

– Trudno powiedzieć, żeby mi czegoś w samych urządzeniach brakowało. To bardziej – jak już wcześniej mówiłem – efekt podejścia Apple do Polski i brak możliwości pełnego wykorzystania dostępnych funkcji. Natomiast generalnie można narzekać na brak efektu WOW. Pamiętasz, jak ludzie koczowali pod salonami przez noc, żeby mieć jako pierwsi nowy model iPhone? Pomijając oczywiście handlarzy i dantejskie sceny, które rozgrywały się czy w Berlinie czy w Dreźnie. Teraz już tego nie ma.

Każdy nowy iPhone nie budzi już takich emocji, jak kiedyś. Świat się zmienił, technologie spowszedniały, a iPhone stał się bardzo dobrym, ładnym, łatwym w obsłudze urządzeniem, którego nowe wersje są ewolucją a nie rewolucją. Bez względu na to, jak Apple chce to sprzedawać podczas kolejnych prezentacji. Obrazowo porównując do rynku motoryzacyjnego – iPhone to bardziej Maserati niż Tesla.

– Dziękuję za rozmowę

 

„Bardziej Maserati, niż Tesla”. Rozmawiamy z Januszem M. Kamińskim, szefem marketingu i PR AutoMapy